Jechał o 1 kilometr na godzinę za szybko. Za ten błąd kierowca musi zapłacić prawie 12 tys. zł

Za z pozoru drobne wykroczenie drogowe, czyli przekroczenie prędkości o zaledwie 1 km/h, kierowca ze Szwajcarii musiał zapłacić blisko 12 tys. złotych. Jak to możliwe, że kara za tak niewielkie przewinienie urosła do rozmiarów prawdziwego finansowego koszmaru? Sprawa zakończyła się w sądzie.
Fotoradar w Warszawie - zdjęcie ilustracyjne
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl

Wyobraź sobie, że jedziesz spokojnie drogą, przestrzegasz ograniczeń i nagle fotoradar robi ci zdjęcie. Okazuje się, że twój samochód poruszał się o 1 km/h za szybko. W Polsce takie przewinienie oznaczałoby mandat w wysokości 50 zł i 1 punkt karny, ponieważ właśnie taka kwota obowiązuje w przypadku przekroczenia prędkości do 10 km/h. Ponadto takie sytuacje są raczej niespotykane, gdyż urządzenia rejestrujące uwzględniają tak zwany próg tolerancji. Mówi się, że wynosi on zazwyczaj 10 km/h. Historia kierowcy ze Szwajcarii pokazuje jednak, że nie wszędzie przepisy funkcjonują w podobny sposób, a system potrafi być bezwzględny nawet wobec minimalnych wykroczeń.

Zobacz wideo Policja odzyskała skradzione pojazdy o wartości niemal 3 mln zł

Jechał 64 km/h i złapał go fotoradar. Zaczęło się od niecałych 200 zł

Jak informuje portal ladepeche.fr, do zdarzenia doszło trzy lata temu na jednej z dróg w rejonie Delémont w Szwajcarii. Wówczas fotoradar zarejestrował samochód jadący 64 km/h w miejscu, gdzie dozwolona prędkość wynosiła 60 km/h. Po uwzględnieniu marginesu błędu pomiaru - w Szwajcarii jest to standardowo 3 km/h - kierowca został ukarany mandatem, który wskazywał na przekroczenie dozwolonej prędkości o zaledwie 1 km/h. Początkowa kara wyniosła 40 franków szwajcarskich, co obecnie daje około 180 złotych. Niestety na takiej kwocie się nie skończyło. Choć przekroczenie było niewielkie, sprawa rozciągnęła się na kolejne lata i ostatecznie pociągnęła za sobą poważne konsekwencje. 

Odmówił mandatu z fotoradaru. Nie chciał wskazać sprawcy, więc zapłacił prawie 12 tys. zł

Kierowca nie zgodził się jednak na mandat. Twierdził, że to nie on prowadził samochód w momencie zrobienia zdjęcia, lecz jednocześnie nie wskazał sprawcy. Taki brak informacji sprawił, że sprawa trafiła do sądu. Sędziowie uznali natomiast, że pomiar był prawidłowy, a zdjęcie wskazywało na właściciela pojazdu. Ostatecznie, mimo jego protestów, orzeczono, że to on odpowiada za wykroczenie. W efekcie ukarano go karą grzywny. Kierowca nie odpuścił. Składał kolejne odwołania, a procesy sądowe ciągnęły się przez niemal trzy lata. W tym czasie rosły też wszelkie koszty związane z obroną czy niezbędnymi opłatami. Chociaż na jednym z etapów sąd przyznał, że kierowca faktycznie nie siedział za kierownicą w chwili wykroczenia, wciąż pozostawał problem wskazania faktycznego sprawcy. W Szwajcarii bowiem obowiązuje zasada domniemania odpowiedzialności właściciela pojazdu - jeśli nie wskaże się kierującego, to samemu trzeba ponieść konsekwencje.

Zobacz też: Tak polscy kierowcy unikają punktów karnych. Znaleźli "furtkę". Policjant studzi entuzjazm

Trwająca trzy lata batalia sądowa okazała się brutalna dla portfela kierowcy. Poza pierwotnym mandatem, musiał ponieść także koszty sądowe i administracyjne, które w sumie wyniosły aż 2600 franków, czyli prawie 12000 złotych. Ta historia to nie tylko kuriozalny przykład szwajcarskiej surowości, ale też ważna lekcja dla kierowców w całej Europie. Nawet minimalne przekroczenia mogą prowadzić do nieoczekiwanych konsekwencji, zwłaszcza jeśli w grę wchodzą odwołania i długie postępowanie sądowe.

Źródła: ladepeche.fr, motoryzacja.interia.pl, polskiobserwator.de

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł.
Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.

Więcej o: