W czasach PRL-u na niemal każdym parapecie królowały rośliny doniczkowe łatwe w uprawie, odporne i często zdobywane w formie sadzonki od sąsiadki zamiast ze sklepu. Dziś wracają do łask. Doceniamy ich urodę, długowieczność oraz to, że wybaczają nawet poważne zaniedbania w pielęgnacji. Te "stare, dobre" kwiaty doniczkowe nie tylko pięknie się prezentują w nowoczesnych wnętrzach, ale też są niewymagające. Poradzą sobie z nimi nawet zabiegani lub mniej doświadczeni miłośnicy zieleni.
Sansewieria, zwaną też wężownicą lub "językiem teściowej", to prawdziwa królowa PRL-owskich parapetów. W latach 70. i 80. zdobiła niemal każdy dom, a dziś przeżywa swój renesans. Sansewieria jest niemal nie do zdarcia. Tę afrykańską roślinę cechuje nieprzeciętna wytrzymałość. Potrafi przetrwać długie okresy suszy i słabe oświetlenie, a badania NASA potwierdziły, że oczyszcza powietrze z toksyn i uwalnia tlen nawet nocą. Sansewieria uchodzi za idealny kwiat dla zapominalskich; wystarczy ją podlać zaledwie co 2-3 tygodnie i bezwzględnie unikać nadmiaru wody. Ta roślina jest przy tym bardzo dekoracyjna - wysokie, mieczowate liście dodadzą charakteru każdemu pomieszczeniu, nie sprawiając problemów w uprawie.
Bostońska paprotka (nefrolepis) to kolejny symbol minionej epoki, obecny niemal w każdym domu w czasach PRL. Potrzebuje przede wszystkim wilgoci - zarówno w podłożu, które powinno być stale lekko wilgotne (lecz nigdy mokre), jak i w powietrzu. Ustawienie doniczki nad kaloryferem to najszybsza droga do żółknięcia i gubienia listków. Najlepiej czuje się w półcieniu lub przy rozproszonym świetle i umiarkowanej temperaturze. Warto też co pewien czas zafundować paprotce podlewanie domowym nawozem z fusów kawy. To właśnie dzięki takiemu nawożeniu paprocie w PRL osiągały imponujące rozmiary, bo fusy dostarczają azotu, potasu i innych minerałów oraz lekko zakwaszają podłoże zgodnie z upodobaniami tych roślin. Dobrze odżywiona i regularnie zraszana paprotka odżyje oraz stanie się bujna jak za dawnych lat.
Zobacz też: Włóż do wazonu i postaw w pokoju. Po kilku godzinach dom będzie pachnieć obłędnie
Grudnik, zwany także kaktusem bożonarodzeniowym, w wielu domach PRL zakwitał zimą różowymi lub czerwonymi kwiatami. Chociaż to kaktus, jego ojczyzną są tropikalne lasy Brazylii, więc jako epifit ma zupełnie inne wymagania niż pustynni kuzyni. Najlepiej rośnie w jasnym miejscu (bez bezpośredniego słońca) i w przepuszczalnym podłożu z grubą warstwą drenażu, bo jego korzenie nie znoszą zalania wodą. Podłoże powinno być stale lekko wilgotne, ale nigdy mokre. W sezonie grzewczym warto często zraszać roślinę lub ustawić doniczkę na podstawce z mokrym żwirkiem. Podlewamy dopiero, gdy wierzch ziemi lekko przeschnie (ok. 1-2 cm), pamiętając, by nie dopuścić do całkowitego przesuszenia podłoża. Jesienią, przed planowanym kwitnieniem, należy zapewnić grudnikowi kilkutygodniowy odpoczynek; skrócenie dnia do ok. 8-10 godzin światła oraz obniżenie temperatury nocą do 12-15 stopni pobudzi zawiązywanie pąków. Gdy tylko pojawią się pierwsze pączki, nie należy przestawiać doniczki, bo grudnik bardzo tego nie lubi i może zareagować zrzuceniem kwiatów. Przestrzegając tych kilku zasad, co roku będziemy mogli podziwiać spektakularne kwitnienie grudnika nawet podczas ponurych, zimowych dni. Ten sprawdzony ulubieniec PRL przy odrobinie uwagi znów może stać się dumą domu.
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł.
Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.