Karolina Walczowska z redakcji Onet Podróże postanowiła sprawdzić, czy zimowy wypad do Karpacza wciąż oznacza długie stanie w kolejkach, niczym za czasów "słusznie minionych". Na opublikowanym nagraniu widać tłum przed wyciągiem Winterpol. Reporterka zmierzyła czas oczekiwania i wyszło 10 minut. Uznała to za drobnostkę. Gdy jednak zapytała internautów o ich doświadczenia, szybko okazało się, że jej "rekord" nie robi na nikim wrażenia. Jeden z użytkowników TikToka napisał, że dwa lata temu w tym samym miejscu czekał aż 50 minut.
We wtorek 27 stycznia reporterka przyjechała do Karpacza i była zaskoczona. Restauracje świeciły pustkami, parking był niemal wolny, ale pod wyciągiem Winterpol zaczynał robić się tłum. Po zmierzeniu czasu okazało się, że reporterka na "kanapę" czekała dokładnie 10 minut. To dużo? Komentarze nie pozostawiły złudzeń.
Karpacz to najgorszy stok. Dwa lata temu mój rekord to [przyp. red. było] 50 minut
- napisał jeden z internautów. Inni radzili, by przyjeżdżać tylko o świcie albo wieczorem, bo w środku dnia bywa "o wiele gorzej". Pojawiły się też nieco bardziej optymistyczne komentarze.
Też wtedy byłam tam i maksymalnie 5 min czekałam na wyciąg
- czytamy. Jak widać, wszystko zależy od terminu wyjazdu, pogody, dnia tygodnia i szczęścia.
Pod filmem zaczęły pojawiać się też pytania o koszty. W Winterpol wypożyczenie kompletu sprzętu dla dorosłego (narty, buty, kijki) kosztuje 75 zł za dobę, kask to kolejne 25 zł, a karnet normalny na 12 godzin jazdy to wydatek 140 zł. To inwestycja, która boli podwójnie, kiedy większość czasu spędza się w kolejce, a nie na stoku.
Karpacz nie jest wyjątkiem. Podczas przerwy świąteczno-noworocznej podobne obrazki pojawiały się w całej Polsce. W Białce Tatrzańskiej, Krynicy-Zdroju i Tyliczu narciarze stali w kolejkach po 20-30 minut.
Jest więcej stania niż tej jazdy de facto
- podsumował krótko jeden z narciarzy w rozmowie z Radiem Kraków. Jeszcze bardziej drastyczny przykład pochodzi z ośrodka Chopok na Słowacji. Na viralowym nagraniu opublikowanym na TikToku przez @migosandtyga widać gigantyczną kolejkę. Czas oczekiwania sięgał nawet 1,5 godziny. Sytuację komplikował fakt, że większość wyciągów była nieczynna, więc tysiące narciarzy tłoczyło się przy kilku działających linach.
Za nami z tysiąc osób (...). No i po kilku minutach jazdy znowu to samo
- relacjonowali autorzy filmu. Takie doświadczenia sprawiają, że część Polaków rezygnuje z rodzimych i sąsiednich (słowackich) ośrodków narciarskich na rzecz Alp albo wykupuje drogie fast-passy, które w niektórych kurortach kosztują nawet 150 zł.
Zobacz też: TPN zaostrza przepisy. Wprowadzono całoroczny zakaz dla turystów
Zmęczeni kolejkami narciarze coraz częściej szukają alternatywy. Radzą, by w najbliższych sezonach postawić na "polskie góry w wersji kameralnej". Mniej znane ośrodki oferują świetne warunki, spokój i górski klimat bez pośpiechu. To właśnie tam rodzi się trend "slow ski", czyli jazda bez pośpiechu, bez ścisku, bez presji, w rytmie natury. Mniejsze ośrodki nie wymagają wstawania o świcie, by zdążyć przed tłumem; skipassy są często o połowę tańsze, a turyści mogą liczyć na prawdziwą gościnność i spokojniejszą atmosferę.
Doświadczeni narciarze doradzają też prostą strategię: jeśli już wybierasz popularny kurort, przyjedź tuż po otwarciu albo po zmroku. Unikaj weekendów i szczytu sezonu. Sprawdzaj kamery online i prognozy frekwencji.
Źródła: podroze.onet.pl, fakt.pl
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł.
Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.