Jak czytamy w serwisie TwojaPogoda, Laacher See to kaldera wulkaniczna o średnicy dwóch kilometrów, która powstała po gigantycznej erupcji około 13 tysięcy lat temu. Wtedy do atmosfery wyrzucone zostało około 20 kilometrów sześciennych pyłu. Choć Laacher See od tysięcy lat pozostaje w uśpieniu, zdaniem naukowców wciąż jest aktywnym systemem wulkanicznym, a wybuch musi w końcu nastąpić.
Dowodem na to, że niemiecki system wulkaniczny wciąż pozostaje aktywny, jest ogromna ilość magmy, która niegdyś może znaleźć ujście oraz wydobywające się mofety. Co nas czeka, jeśli dojdzie do kolejnej erupcji Laacher See? Choć wulkan znajduje się ponad 600 kilometrów od polskiej granicy, olbrzymie ilości pyłów i popiołu wulkanicznego z pewnością zawisłyby nad naszym krajem. To skutkowałoby wymarciem większości upraw. Co więcej, doszłoby do globalnego ochłodzenia klimatu na kilka lat. Brak Słońca i kwaśne deszcze również miałyby negatywny wpływ na roślinność znajdującą się na terenie całego kraju. W ten sposób zapewne musielibyśmy zmagać się z kryzysem związanym z niedoborem żywności. Zanieczyszczone powietrze i ochłodzenie mogłyby doprowadzić również zarówno do wzrostu zachorowań, jak i zgonów. Do tego dochodzą problemy w transporcie i ogromny kryzys gospodarczy.
Mimo tego, że erupcja Laacher See jest możliwa, należy odetchnąć z ulgą. Dzięki nowoczesnemu systemowi monitoringu tego typu miejsc naukowcy są w stanie ocenić zachowanie wulkanu i wychwycić wszystkie niepokojące sygnały. Specjaliści dowiedzą się o potencjalnym wybuchu ze znacznym wyprzedzeniem, co pozwoli na odpowiednie przygotowania i wdrożenie wszelkich procedur bezpieczeństwa. Zapewne zostanie podjęta wtedy decyzja o ewakuacji okolicznych mieszkańców i wprowadzeniu działań kryzysowych, co pozwoli na znacznie ograniczenie strat. To bardzo ważne, ponieważ ostatnia erupcja niemieckiego wulkanu doprowadziła do "wyginięcia ówczesnej ludności w promieniu setek kilometrów od tego wulkanu". Co ciekawe, temat Laacher See poruszany był już w 2019 roku, kiedy to wyłapano serię wstrząsów na głębokości od 10 do 40 kilometrów.
Tego typu drgania mogły już wcześniej zachodzić pod wulkanem, jednak instrumenty nie były wystarczająco czułe, żeby je wyłapać. Wstrząsy mogą mieć związek z ruchami magmy lub powstawaniem pęknięć w skałach. Ale w żaden sposób nie zwiastują zbliżającej się erupcji
- wyjaśniał wtedy wulkanolog Magda Chmura w rozmowie z WP Tech. Wówczas zapewniono, że powodów do paniki nie ma, a szybka erupcja jest wręcz niemożliwa.
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł.
Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.