Nie tak dawno temu informowaliśmy o ryzyku związanym z pluskwami podczas wakacyjnej wymiany mieszkań. Tym razem jednak do takiej nieprzyjemnej sytuacji doszło w ośrodku wypoczynkowym. Niestety nie wpłynęło to na profesjonalne rozwiązanie problemu. Sprawie przyjrzała się "Gazeta Wyborcza" w ramach prowadzonego Biura Interwencji Turystycznej.
Jak donosi "Gazeta Wyborcza", pan Ariel z grupą przyjaciół wynajął domek w jednym z ośrodków wypoczynkowych w Bieszczadach, gdzie udali się na 10-dniowy wypoczynek, od 14 do 24 sierpnia 2024 roku. Urlopowicze początkowo byli bardzo zadowoleni z pobytu, ale w weekend (16-17 sierpnia) u jednej z osób pojawiły się małe ślady ukąszeń. Grupa obwiniła za to bieszczadzkie owady, których nie brakuje w lasach, ale z początkiem tygodnia problem zaczął się nasilać. W końcu turyści sprawdzili materace i w łóżku, w którym spał pan Ariel z partnerką, znaleźli trzy czy cztery małe pluskwy.
Mężczyzna udał się do recepcji, aby zgłosić problem i poprosić o nowy materac. Ten faktycznie został dostarczony w środę, ale stary został w pokoju do czasu dezynsekcji, która miała odbyć się w czwartek. Okazało się jednak, że firma dezynsekcyjna mogła przyjechać dopiero w piątek. Co więcej, był to dopiero początek komplikacji, z jakimi musieli zmierzyć się urlopowicze.
Cała procedura pozbycia się pluskiew z domku miała potrwać od pięciu do sześciu godzin. Ostatecznie firma przyjechała około godziny 10, a prace zaczęła około 11. Mieszkańcy domku do środka mogli natomiast wejść dopiero około godziny 20. Po tym czasie w pomieszczeniach wciąż śmierdziało opryskami i wszystko było "przewrócone do góry nogami". Czyste ubrania wymieszano z brudnymi. Turyści nie zostali też poinformowani, jak przygotować się do dezynsekcji, więc jedzenie pozostawione na wierzchu było do wyrzucenia. Ponadto na podłodze leżało mnóstwo pluskiew, z czego niektóre wciąż były żywe. Firma za swoje działania wystawiła fakturę na 500 złotych. Wieczorem o całym zajściu został poinformowany telefonicznie właściciel ośrodka i pan Ariel podczas rozmowy zapytał o rekompensatę.
Usłyszałem, że robię sobie jaja. On do lasu jeździ i nie takie przygody miał, nie takie zwierzęta widział, a my robimy aferę z niczego. Na tym rozmowa się skończyła
- relacjonuje mężczyzna "Gazecie Wyborczej". Na domiar złego ślady po ugryzieniach zaogniły się w drodze powrotnej z Bieszczad i w rezultacie partnerka pana Ariela musiała zgłosić się na SOR, gdzie dostała zastrzyk sterydowy oraz inne leki. Po powrocie z kolei cała grupa skorzystała z usługi prania i dezynsekcji wszystkich ubrań, co kosztowało ich w sumie tysiąc złotych. Pan Ariel podkreśla, że od właściciela oczekiwali przede wszystkim przeprosin, których się nie doczekali. Pechowy turysta zgłosił również sprawę pluskiew do stacji sanitarnej w Ustrzykach Dolnych i zamierza wysłać właścicielowi żądanie rekompensaty w wysokości pięciu tysięcy złotych. Tyle grupa zapłaciła za swój pobyt w domku w Bieszczadach.
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł.
Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.