W ostatnich latach mocno wzrósł popyt na ubrania "z drugiej ręki". Do lumpeksów zagląda coraz więcej klientów, których skusiły nie tylko niskie ceny, ale także argument ekologiczny. Wiele osób uważa, że kupując używane ubrania lub oddając własne do takich sklepów, przyczyniamy się do zmniejszenia produkcji, co miałoby korzystnie wpływać na środowisko. Czy rzeczywiście tak jest? Dwie badaczki mają sporo wątpliwości.
Triona Fitton wykładowczyni socjologii na Uniwersytecie w Kent oraz Alida Payson wykładowczyni mediów i kulturoznawstwa na Uniwersytet w Cardiff, przyjrzały się bliżej ścieżce, jaką pokonują ubrania trafiające do lumpeksów. Zakup odzieży używanej jest uważany za bardziej ekologiczny i etyczny niż kupowanie jej u producentów znanych marek. Według badań ekspertek, w rzeczywistości jest nieco inaczej. Ich zdaniem "rynki te maskują problemy powodowane przez naszą konsumpcję".
Oferują one jedynie zindywidualizowane, fragmentaryczne rozwiązania ogromnego globalnego problemu marnotrawstwa
- napisały badaczki w artykule dla portalu The Conversation. Kobiety apelują także, by nie nabierać się na wizję dobroczynności, ponieważ kupno w lumpeksie jest jedynie zagłuszaniem poczucia winy w związku z zakupami w sieciówkach. W rzeczywistości sklepy z odzieżą używaną czy aplikacje, na których można sprzedawać swoje ubrania również żerują na konsumpcjonizmie i pogłębiają problem nieetycznych działań na rynku odzieżowym.
Jednym z najczęściej poruszanych problemów w dyskusji na temat zakupów w sieciówkach jest ślad węglowy, powstający w trakcie produkcji i transportu ubrań. Mogłoby się wydawać, że kupując w "second handzie" lub przez aplikację nie przyczyniamy się do zanieczyszczenia środowiska, jednak niezupełnie tak to działa. Triona Fitton i Alida Payson tłumaczą, że tylko koło 10-20 proc. ubrań, którym chcemy dać drugie życie, rzeczywiście trafia do sklepów. Reszta jest poddawana recyklingowi lub wysyłana do krajów globalnego Południa
Ta redystrybucja niesprzedanych produktów niskiej jakości z Zachodu do hurtowników w miejscach takich jak Indie, Senegal i Nigeria może podcinać ceny lokalnym producentom i wyrzucać handlowców z biznesu. Sama ilość tekstyliów oznacza, że często wiele z nich jest wyrzucanych lub, co gorsza, są otwarcie palone na ulicach, zanieczyszczając powietrze chemikaliami. W międzyczasie rozkład (głównie tanich syntetycznych) ubrań zanieczyszcza drogi wodne mikroplastikiem i uwalnia toksyczne gazy
- wyjaśniają ekspertki. Do zbierania odpadów powstających w wyniku takiego niszczenia ubrań są wykorzystywane kobiety, dzieci i osoby z grup marginalizowanych, które ryzykują swoim zdrowiem. Zdaniem badaczek, jedynym dobrym rozwiązaniem tego problemu byłoby pociągnięcie producentów odzieży i rządów do odpowiedzialności, co jest jednak trudne do zrealizowania.