Rola w produkcji "Miodowe lata" oraz kultowym "Ranczo" przyniosła Arturowi Barcisiowi naprawdę ogromną rozpoznawalność. Uwielbiany aktor doskonale wcielił się w role Tadeusza Norka i Arkadiusza Czerepacha. Niestety dziś uważa, że tak naprawdę zamknęło mu to drzwi do dalszej kariery. Reżyserzy nie zatrudniają go zbyt często, gdyż jego wizerunek kojarzy się z serialami komediowymi.
Artur Barciś to znany aktor filmowy i teatralny, który, choć uwielbiany przez polskich widzów, ma problem ze znalezieniem pracy na planie. Głównie zajmuje się więc pisaniem scenariuszy i reżyserowaniem. Choć największą popularność przyniósł mu występ w "Miodowych latach" jako Tadeusz Norek, a nieco później w serialu "Ranczo", odgrywając rolę Arkadiusza Czerepacha, to właśnie przez te produkcje nie może teraz dostać angażu w bardziej wymagających produkcjach. Aktor przyznał, że odkąd historia Wilkowyj się skończyła, przestał budzić zainteresowanie reżyserów. W rozmowie dla "Wprost" zdradził, co o tym myśli.
Jeżeli aktor jakąś postacią bardzo wryje się w świadomość widzów, potem trudno go przypasować do innej roli, a serial tak popularny jak "Ranczo" czy wcześniej "Miodowe lata" - to były takie produkcje, które widzieli niemal wszyscy, a obie postaci, które tam grałem, były bardzo charakterystyczne. Wyobrażam sobie, że reżyserom trudno przekonać się do takiego aktora, który jest Norkiem albo Czerepachem
- wytłumaczył gwiazdor. Najnowszą rolą, w jaką udało mu się wcielić była postać kamerdynera w nowej wersji "Znachora". Angaż dostał jednak dlatego, że 40 lat temu występował jako Wasylek w oryginalnym filmie zrealizowanym na podstawie powieści.
Oczywiście wcale się z tego nie cieszę i cały czas walczę
- dodaje Barciś. Niestety brak mu siły przebicia i jako 67-letni aktor nie ma odwagi, by samemu proponować swoje występy reżyserom. Jak twierdzi, ma zupełnie inny charakter.
Gwiazdor jest wyjątkowo lubiany przez Polaków, nawet jeśli reżyserowie kojarzą go głównie z rolą z "Rancza". Choć chciałby przestać być szufladkowany, to nie ma takiej siły przebicia ani nawet ochoty, by poprosić o angaż. Równocześnie ma świadomość, że dużo na tym traci.
Mam taki charakter, że się nie staram, nie umiem się podlizywać, nie dzwonię do reżyserów przypominać się i pytać, czy może mieliby dla mnie rolę. To jest jakoś poza moją godnością
- tłumaczy Artur Barciś w tym samym wywiadzie. Zaznacza jednak, że sam jako reżyser spotkał się z podobnymi prośbami i uważa, że taka odwaga jest mimo wszystko godna podziwu.
Sam jestem reżyserem i doświadczam tego, że młodzi – i niemłodzi – aktorzy dzwonią do mnie i pytają o role. I ja to rozumiem, to jest właściwe podejście
- podsumowuje, choć swoich poglądów raczej nie zmieni.